reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
Stephane-Klajzyngier
© All Circuits
Analizy |

Europejski przemysł elektroniczny zapomniał, jak się wygrywa

Staliśmy się bardzo dobrzy w obronie tego, co nam jeszcze pozostało. Musimy to zrównoważyć chęcią zwycięstwa.

Artykuł Gościnny: Stéphane Klajzyngier, zastępca dyrektora generalnego ALL Circuits

Zapytajcie jakiegokolwiek przedstawiciela europejskiego przemysłu elektronicznego o to, czego branża potrzebuje, a w odpowiedzi niemal zawsze usłyszycie różne warianty tego samego słowa: ochrona. Ochrona łańcucha dostaw. Ochrona naszych zdolności produkcyjnych. Ochrona tego, co nam jeszcze pozostało. To bezpieczna, odruchowa odpowiedź, co do której wszyscy mogą się zgodzić. Doskonale rozumiem ten odruch. W ciągu ostatnich dwóch dekad straciliśmy tak wiele, że chęć obrony tego, co nam pozostało, jest całkowicie naturalna. Uważam, że to właśnie ten odruch, a nie niewielka skala naszej działalności, wysokie koszty czy inne typowe problemy, może ostatecznie doprowadzić nas do upadku. Branża, która potrafi się wyłącznie bronić, w pewnym sensie już pogodziła się z porażką.

Chcę jednak wyraźnie podkreślić, że nie jestem przeciwnikiem działań ochronnych. Zmiany w polityce przemysłowej, które obserwujemy w ostatnich latach, są rzeczywiste i zostały wywalczone niemałym wysiłkiem. Rozszerzenie zakresu European Chips Act, większy nacisk na elektronikę dla sektora obronnego czy pierwsze oznaki wprowadzenia wymogów dotyczących europejskiego pochodzenia produktów w ramach Industrial Accelerator Act – popieram wszystkie te inicjatywy. Argumentowałem i nadal będę argumentował, że montaż realizowany w Europie powinien być uznawany za europejski wkład w produkt, nawet jeśli komponenty pochodzą z Azji. Jeśli bowiem nie ochronimy środkowej części łańcucha wartości – montażu, projektowania i integracji – stracimy ją, a wraz z nią wszystko, co wokół niej powstało. Ochrona jest konieczna. Uważam jednak, że to za mało. Popełniliśmy błąd uznając pierwszy ruch za wygraną grę.

Spójrzmy na to jak na mecz. Obrona pozwala uniknąć utraty punktów, ale nie zapewnia zwycięstwa. Nie da się zdobyć ani jednego punktu, a tym bardziej wygrać meczu, bez podjęcia w pewnym momencie decyzji o ataku, o ryzyku, o oddaniu strzału. Europejski przemysł elektroniczny przez dwadzieścia lat doskonalił swoją obronę i zapomniał, że wolno mu również atakować. Tymczasem gdy my umacnialiśmy się na własnej linii obrony, gracze nastawieni na zwycięstwo robili coś zupełnie innego.

Wystarczy spojrzeć na to, kto naprawdę dominuje w branży, aby wnioski nasunęły się same. Tajwan jest mniejszy od wielu europejskich państw, a jego populację można porównać z ludnością dużej metropolii. Mimo to znajduje się w samym centrum światowego przemysłu elektronicznego: od TSMC w sektorze półprzewodników po gigantów produkcji kontraktowej. Nie dlatego, że Tajwan jest duży, tani czy dopisało mu szczęście. Stało się tak, ponieważ kilkadziesiąt lat temu postanowił zwyciężyć, a następnie cierpliwie i konsekwentnie podporządkował swoje działania tej ambicji. Wielkość nigdy nie była czynnikiem decydującym. Była nim wola. I to właśnie tego jednego elementu w dzisiejszej Europie brakuje.

Największym nieporozumieniem w Europie jest przekonanie, że ochrona i konkurowanie to przeciwstawne wybory, że musimy chronić przemysł, ponieważ jest on zbyt słaby, by walczyć. Jest dokładnie odwrotnie. Te dwa elementy wzajemnie się wzmacniają. Sama ochrona sprawia, że pozostajemy mali. Bycie małym sprawia, że jesteśmy słabi: bez wielkości nie ma siły nabywczej, nie ma ekonomii skali, nie ma konkurencyjnej pozycji kosztowej, a zatem nie ma prawdziwego bezpieczeństwa. Jeśli natomiast wychodzimy na rynek i zdobywamy kontrakty, rosnący wolumen działalności staje się źródłem naszej odporności. Zapewnia większą siłę negocjacyjną przy zakupach, rozwój kompetencji technicznych oraz zdolność do absorbowania wstrząsów, których obecnie tak bardzo się obawiamy. Konkurencyjność nie jest wrogiem suwerenności. Jest jedynym trwałym fundamentem, na którym można ją zbudować. My natomiast próbowaliśmy zbudować dach bez ścian.

Jeśli podchodzimy do tematu poważnie, muszą zmienić się dwie rzeczy. Pierwsza to polityka, a w tej kwestii, moim zdaniem, zrealizowaliśmy dopiero połowę zadania. Wiemy, jak opracowywać środki ochronne, progi, preferencje i wsparcie pozwalające utrzymać działalność. Przed nami trudniejsze pytanie: jak budować europejskich liderów? Jak wspierać europejskie przedsiębiorstwa, które mają ambicję i potencjał, by konkurować na arenie międzynarodowej, zamiast rozdzielać skromne wsparcie równomiernie między wszystkich? Na te pytania nie mam jeszcze gotowych odpowiedzi. Jestem jednak przekonany, że nie zadajemy tego pytania wystarczająco często. Martwi mnie to bardziej, niż jakiekolwiek szczegóły polityki przemysłowej.

Drugiej zmiany nie zrealizujemy żadnym rozporządzeniem. Musi się ona dokonać w nas samych. Chodzi o gotowość do podejmowania ryzyka. Zwyciężanie to inwestowanie, zanim zyskamy pewność sukcesu, zabieganie o kontrakty, których możemy nie zdobyć, i zaakceptowanie faktu, że po drodze tracimy niektóre punkty. Europejskim nawykiem, mówię to z sympatią do branży, której poświęciłem swoją karierę, jest minimalizowanie ryzyka strat i czekanie na idealne warunki. A te nigdy nie nadchodzą. Nasi konkurenci nie czekają. Są już tutaj, na naszym terenie. Podejmują próby, nie przejmując się tym, że grają na wyjeździe. Zaryzykujmy. Zdecydujmy się grać na równych zasadach.

Jestem optymistą, ale jest to optymizm warunkowy. W końcu wiatr polityczny wieje nam w plecy, a w branży pojawiła się mile widziana nowa szczerość w kwestii naszych słabości: naszego dwu procentowego udziału w światowej produkcji płytek drukowanych, naszych zależności oraz niewielkiego znaczenia poszczególnych podmiotów. Ta szczerość jest zdrowa. Ma jednak znaczenie tylko wtedy, gdy połączymy ją z ambicją. Mamy wybitnych inżynierów, prawdziwych liderów branży i autentyczną wiedzę projektową. Wszystkie składniki potrzebne do stworzenia zwycięskiej branży są na miejscu. Brakowało nam dotychczas wspólnej decyzji, by wykorzystać je do osiągnięcia sukcesu, a nie tylko do przetrwania.

Chrońmy więc łańcuch dostaw. Powstrzymajmy dalsze straty. Pamiętajmy jednak, że ochrona jest początkiem strategii, a nie strategią samą w sobie. W pewnym momencie musimy przestać bronić własnej połowy boiska i przejść do ataku. Nasi rywale podjęli tę decyzję już dawno temu i nie zamierzają przegrać tej gry.


reklama
Załaduj więcej newsów
© 2026 Evertiq AB October 14 2026 18:02 V31.19.4-1
reklama
reklama